Wczytywanie teraz
×

Przerwane serie, złamane serca i zero promocji. Dlaczego Wydawnictwo BeYa (i nie tylko) porzuca swoje autorki?

Dla wielu młodych autorek, piszących swoje historie po nocach na Wattpadzie, telefon od dużego wydawcy jest jak wygrana na loterii.

To moment, w którym cyfrowe marzenia mają zmaterializować się w postaci szeleszczącego papieru, profesjonalnej redakcji i logo znanej marki na grzbiecie, które ma być gwarancją jakości i sukcesu. Wydaje się, że “złapały pana Boga za nogi”. Co jednak dzieje się, gdy ten sen zamienia się w wydawniczy koszmar, a wymarzona trylogia zostaje brutalnie ucięta po pierwszym tomie, pozostawiając twórcę i czytelników z niczym?

W ostatnich dniach przez polskie media społecznościowe (głównie Twitter/X i TikTok) przetoczyła się fala goryczy i oskarżeń skierowana w stronę jednego z największych graczy na rynku literatury młodzieżowej – Wydawnictwa BeYa (imprintu Grupy Helion). Autorki i fani mówią dość. Postanowiliśmy sprawdzić, o co chodzi w głośnej aferze z “porzuconymi” seriami i dlaczego coraz więcej twórców czuje się oszukanych przez wydawniczego giganta.

“Niekontynuowanie trylogii”. Wyrok śmierci dla debiutanta

Scenariusz tego dramatu powtarza się niepokojąco często i przebiega według tego samego, bolesnego schematu. Młoda autorka wydaje debiut (najczęściej tekst, który zdobył popularność na Wattpadzie). Jest euforia, zapowiedzi, unboxingi. Książka trafia na półki Empiku. Fani kupują, czytają, zakochują się w bohaterach i z niecierpliwością czekają na ciąg dalszy, bo przecież historia była zaplanowana jako dylogia lub trylogia. I nagle zapada cisza. Wydawca milczy, pytania o drugi tom pozostają bez odpowiedzi.

Aż w końcu przychodzi cios. Zazwyczaj jest to lakoniczne, smutne oświadczenie na Instagramie autorki, utrzymane w tonie bezradności: „Wydawnictwo podjęło decyzję o niekontynuowaniu trylogii (…) kolejne tomy nie ukażą się w wersji papierowej”. Czasem, jako “nagrodę pocieszenia”, proponuje się wydanie reszty serii wyłącznie w formie e-booka lub powrót na Wattpada, co dla wielu jest degradacją i zaprzepaszczeniem marzeń o papierowej sadze.

Lista “ofiar” tej polityki rośnie z miesiąca na miesiąc. Taki los spotkał m.in. serię “Obsession” (o czym z żalem poinformowała autorka ukrywająca się pod pseudonimem Vicious Allure), serię “Szept ognia i popiołu” autorstwa Justeene Ruston czy “Lost” Ligii Sobór.
Dla czytelnika to irytacja i poczucie bycia oszukanym – zostaje z “urwaną” historią na półce, której nigdy nie dokończy. Dla autorki to jednak coś znacznie gorszego: katastrofa wizerunkowa i emocjonalna. Jak zaufać kolejnemu wydawcy? Jak spojrzeć w oczy fanom? I najważniejsze pytanie: dlaczego duże wydawnictwo, które ma zasoby, pieniądze i doświadczenie, decyduje się na tak drastyczne kroki wobec osób, którym obiecało opiekę?

Błędne koło marketingu: Brak promocji = Brak sprzedaży = Brak kontynuacji

Gdy wydawnictwo informuje o anulowaniu serii, oficjalny powód jest zawsze ten sam i brzmi do bólu korporacyjnie: “niesatysfakcjonujące wyniki sprzedaży”. Na pierwszy rzut oka wydaje się to logiczne. Wydawnictwo to nie instytucja charytatywna, tylko biznes nastawiony na zysk. Jeśli produkt “nie schodzi”, wycofuje się go z produkcji, by nie generować dalszych strat. Proste, prawda?

Jednak autorki i zaangażowani czytelnicy wskazują na drugie dno tej sytuacji, obnażając patologię systemu. Zadają kluczowe pytanie: Jak książka ma się sprzedać, jeśli nikt – poza garstką obserwujących autorkę – nie wie o jej istnieniu?

Z komentarzy w social mediach wyłania się obraz totalnego chaosu promocyjnego. Użytkowniczka Twittera @madziulka____ celnie punktuje ten absurd: „Przykro się na to patrzy, książkę widzę niestety pierwszy raz na oczy. Wydawnictwa powinny zrobić totalny przesiew ludzi odpowiedzialnych za promocję, bo jest ona na tak bardzo niskim poziomie”.
To nie jest odosobniony głos. Wielu czytelników dowiaduje się o istnieniu danej serii dopiero z… posta pożegnalnego autorki. To marketingowa klęska.

WYDAWNICTWO BEYA DRAMATwitter (X)

Internauci bezlitośnie wytykają, że Wydawnictwo BeYa, mające potężne narzędzia (prawie 100 tysięcy obserwujących na Instagramie, ogromną bazę newsletterową i kontakty z influencerami), stosuje strategię skrajnie nierówną. Cała para idzie w gwizdek promocji garstki “złotych dzieci” – autorek takich hitów jak Rodzina Monet czy Hell. Ich książki są wszędzie: na billboardach, w patronatach największych bookstagramerek i na najlepszych półkach w Empiku.
W tym samym czasie reszta debiutantów jest traktowana jak “wypełniacz planu wydawniczego”. Są pozostawieni sami sobie, bez budżetu na reklamę, bez wsparcia PR-owego, licząc na cud. A gdy cud nie następuje – zostają ukarani odebraniem szansy na wydanie kolejnych tomów.

Promocja widmo i bilety dla wtajemniczonych

Kuriozalnym przykładem “strategii promocyjnej” (a raczej jej braku) jest sytuacja opisana przez użytkowniczkę Twittera @szarlocia_. Empik zorganizował ekskluzywne wydarzenie z udziałem pięciu autorek wydawanych przez BeYa. Brzmi jak świetna okazja do spotkania z fanami i budowania społeczności? Teoretycznie tak. W praktyce wyszła farsa.

Jak twierdzą fani, ani samo wydawnictwo, ani autorki nie zdążyły nigdzie oficjalnie ogłosić tego eventu. Informacja pojawiła się w czeluściach Facebooka, a bilety wyprzedały się “po cichu” i błyskawicznie, zanim wieść dotarła do faktycznie zainteresowanych czytelników.
To rodzi pytania o kompetencje działu marketingu. Czy tak buduje się bazę czytelników dla debiutanta? Czy raczej rzuca się go na głęboką wodę z kamieniem u szyi, bez koła ratunkowego w postaci rzetelnej informacji, by potem cynicznie stwierdzić: “Przykro nam, nie umiesz pływać (czyt. sprzedawać), kończymy współpracę”? Trudno oprzeć się wrażeniu, że niektóre działania są pozorowane, byle tylko “odhaczyć” promocję w raporcie.

Helion i “wattpadowy przemiał”. Ilość ponad jakość?

Komentujący na platformie X nie przebierają w słowach, oskarżając Grupę Helion (właściciela marki BeYa) o traktowanie literatury młodzieżowej jak fast foodu. Pojawiają się głosy, że wydawnictwo traktuje debiuty z Wattpada jak “szybki towar” i tani eksperyment. Strategia wydaje się prosta i brutalna: wydajemy masowo pierwsze tomy, licząc na to, że któryś z nich stanie się “magicznym viralem” na TikToku bez naszego udziału. Jeśli książka sama z siebie nie stanie się bestsellerem w tydzień – jest porzucana bez sentymentów.

Głos w tej sprawie zabrała m.in. użytkowniczka @nora_autorka, pisząc emocjonalnie: „Czujesz, że tytuł się nie sprzeda? ODMÓW WYDANIA. To lepsze niż pozostawienie autora i czytelników na lodzie”.

To kluczowy głos w dyskusji o etyce wydawniczej. Podpisując umowę na wielotomową serię, wydawnictwo składa obietnicę – nie tylko autorowi, który powierza im swoje dzieło, ale i tysiącom czytelników, którzy inwestują swój czas i pieniądze. Złamanie tej obietnicy po pierwszym tomie, bez podjęcia realnej, widocznej walki o tytuł (marketing, płatne kampanie, spotkania), podważa zaufanie do marki. Czytelnik zaczyna się zastanawiać: “Czy warto kupować cokolwiek od tego wydawcy, skoro za chwilę mogą anulować serię w połowie?”.

Czytelniku, uważaj na “jedynki”. Ryzyko wpisane w debiut

Jaki wniosek płynie z tej afery dla nas, odbiorców literatury? Niestety – dość brutalny. Kupowanie pierwszych tomów serii od debiutantów, zwłaszcza w dużych domach wydawniczych nastawionych na masową produkcję (nie tylko BeYa, ale i innych gigantów), staje się ryzykowne. Nigdy nie wiesz, czy za pół roku nie zostaniesz na półce z książką, która nie ma zakończenia, bo w korporacyjnym Excelu “słupki się nie spięły”.

Tu jednak wpadamy w pułapkę błędnego koła. Jeśli my, czytelnicy, zrażeni takimi praktykami, przestaniemy kupować “jedynki” i będziemy czekać na wydanie całości (by mieć pewność), sami nieświadomie przyłożymy rękę do porażki tych tytułów. Niska sprzedaż pierwszego tomu jest przecież głównym argumentem wydawców do zrywania umów. To paradoks: chcemy mieć pewność, ale czekając na nią, odbieramy autorowi szansę na sukces.

A autorom ku przestrodze: zanim podpiszecie umowę, nie dajcie się omamić wizją wielkiego logo na okładce. Zapytajcie o konkretny plan promocji (nie ogólniki typu “wsparcie w social mediach”) i – o ile to możliwe – negocjujcie gwarancję wydania całości serii lub chociaż jasne warunki wyjścia z umowy, by móc wydać kontynuację gdzie indziej. Bo w dzisiejszych czasach samo wydanie książki to za mało, by przetrwać na rynku, który nie wybacza braku reklamy.

Co o tym sądzicie?

Czy wydawca ma moralny obowiązek wydać całą serię, nawet jeśli pierwszy tom przyniósł straty
Czy kupujecie debiuty w ciemno, czy wolicie czekać na wydanie kompletu?

Dajcie znać w komentarzach. Wasz głos ma znaczenie. A my… Śledzimy temat dalej

Share this content:

Opublikuj komentarz

Preferencje plików cookies

Inne

Inne pliki cookie to te, które są analizowane i nie zostały jeszcze przypisane do żadnej z kategorii.

Niezbędne

Niezbędne
Niezbędne pliki cookie są absolutnie niezbędne do prawidłowego funkcjonowania strony. Te pliki cookie zapewniają działanie podstawowych funkcji i zabezpieczeń witryny. Anonimowo.

Reklamowe

Reklamowe pliki cookie są stosowane, by wyświetlać użytkownikom odpowiednie reklamy i kampanie marketingowe. Te pliki śledzą użytkowników na stronach i zbierają informacje w celu dostarczania dostosowanych reklam.

Analityczne

Analityczne pliki cookie są stosowane, by zrozumieć, w jaki sposób odwiedzający wchodzą w interakcję ze stroną internetową. Te pliki pomagają zbierać informacje o wskaźnikach dot. liczby odwiedzających, współczynniku odrzuceń, źródle ruchu itp.

Funkcjonalne

Funkcjonalne pliki cookie wspierają niektóre funkcje tj. udostępnianie zawartości strony w mediach społecznościowych, zbieranie informacji zwrotnych i inne funkcjonalności podmiotów trzecich.

Wydajnościowe

Wydajnościowe pliki cookie pomagają zrozumieć i analizować kluczowe wskaźniki wydajności strony, co pomaga zapewnić lepsze wrażenia dla użytkowników.