Wczytywanie teraz
×

Magazyn MyAutorzy: „Nowy etap polskiej kultury” czy płatna tablica ogłoszeń?

magazyn MyAutorzy

Kulisy magazynu, w którym naczelny dziękuje samemu sobie.

Na polskim rynku wydawniczym pojawił się nowy gracz. Magazyn literacki nazywa się „MyAutorzy”, a jego twórcy głośno zapowiadają „nowy etap polskiej kultury”. Obiecują profesjonalizm, rzetelność i miejsce, gdzie „literatura jest traktowana poważnie”. Brzmi wspaniale, prawda? Jednak gdy zdrapiemy pazłotko z marketingowych frazesów i przyjrzymy się faktom, wyłania się obraz, który z mecenatem sztuki ma wspólnego tyle, co paragon z kulturą. Czy mamy do czynienia z realnym mecenasem sztuki, czy może z folderem reklamowym, za który płacą wszyscy – i ci, którzy w nim są, i ci, którzy go czytają?

Teatr jednego aktora, czyli kto tu jest kim?

Redakcja magazynu w swoich manifestach programowych chętnie mówi o „niezależności”, „projekcie autorskim” i „zespole”. Jednak, gdy przychodzi do konkretów, zasłania się tajemniczym tytułem „Dyrektora Projektu”. Dlaczego na stronie, która ma promować transparentność i jakość, próżno szukać nazwiska redaktora naczelnego?

Skąd ta anonimowość? Dociekliwi internauci szybko rozwiązali tę zagadkę. Właścicielem serwisu i mózgiem operacji jest Krzysztof Wegner, autor książki „Tajemnica Grabiny” (ocena na LubimyCzytac.pl 6,3, ocen łącznie 24 mimo ponad półrocznej obecności na rynku), wydanej w modelu vanity (czyli: autor płaci wydawnictwu za wydanie) przez firmę BookEdit. Pan Krzysztof, z uporem godnym lepszej sprawy, ukrywa swoje powiązania z serwisem, kreując iluzję dużego, zewnętrznego podmiotu.

Tu zaczyna się komedia pomyłek, bo szczytem absurdu była sytuacja w mediach społecznościowych, gdzie właściciel magazynu, z własnego prywatnego konta, wylewnie dziękował redakcji „MyAutorzy” za… uwzględnienie jego twórczości w pierwszym numerze. Tak, dobrze czytacie. Mamy więc do czynienia z sytuacją, w której wydawca dziękuje samemu sobie za to, że przeszedł przez gęste sito selekcji we własnym magazynie. Czy to jest ten obiecany „profesjonalizm”, czy może raczej nowy poziom literackiego narcyzmu?

Mało tego – osoby drążące temat, pytające o cenniki czy powiązania właścicielskie, są blokowane w mediach społecznościowych, a ich niewygodne komentarze znikają szybciej niż nakład bestsellerów.

Magazyn literacki i model biznesowy: Płać i płacz?

Twórcy „MyAutorzy” deklarują, że recenzje są „istotnym elementem magazynu” i zapewniają o „niezależności opinii”. Jednocześnie twierdzą, że „nikogo nie skreślają”. Pamiętają też jednak, by nadmienić, że “działalność jest komercyjna”. Jak pogodzić te wzniosłe hasła z rzeczywistością? To proste: za pomocą cennika.

Osoby pytające o współpracę zamiast dyskusji o wartości literackiej otrzymują ofertę handlową. Ale to nie wszystko. Redakcja oficjalnie przyznaje (co jest ewenementem na skalę światową w „dziennikarstwie”), że każdy tekst przed publikacją wraca do autora do akceptacji.

Zatrzymajmy się tu na chwilę. W świecie rzetelnej krytyki literackiej recenzent nie wysyła tekstu autorowi książki z pytaniem: „Czy podoba się Panu to, co o Panu napisałem?”. Takie praktyki stosuje się w copywritingu i tekstach sponsorowanych + w wywiadach, gdzie musi dojść do autoryzacji wypowiedzi. Mamy więc do czynienia z płatną laurką, a nie recenzją. Magazyn jest w istocie folderem reklamowym, który próbuje udawać prestiżowe pismo opinii.

Czy zdążyliśmy wspomnieć, że w istocie żadnych opinii tam nie było?

Model biznesowy jest genialny w swojej bezczelności:

  1. Autor płaci, żeby znaleźć się w magazynie (i zatwierdza treść reklamy o sobie).
  2. Czytelnik ma zapłacić (subskrypcja, kupno numeru), żeby ten zbiór opłaconych reklam przeczytać.

Zespół widmo i mityczna „luka na rynku”

Wczytując się w manifest programowy magazynu, natrafiamy na kolejne perełki logiczne. Twórcy zapewniają, że jest to „projekt realizowany samodzielnie, przy wsparciu osób z branży”, ale pełna odpowiedzialność spoczywa na barkach tajemniczego Dyrektora. Kim są te mityczne „osoby z branży”? Czy to redaktorzy, czy może księgowi wystawiający faktury za publikację? Tego się nie dowiemy, bo jedyną twarzą projektu jest osoba, która udaje, że nią nie jest. Przynajmniej do czasu zdemaskowania.

Jeszcze ciekawiej robi się, gdzie redakcja diagnozuje rynek. Twierdzą, że magazyn powstał, bo „brakowało miejsca, które łączyłoby funkcję opiniotwórczą z realnym wsparciem twórców” i dumnie ogłaszają: „MyAutorzy zamyka tę lukę”.
To doprawdy odważna teza. Czy „funkcja opiniotwórcza” polega na publikowaniu tekstów zatwierdzonych przez samych autorów? Czy „realne wsparcie” to wystawienie faktury debiutantowi? Jeśli tak, to rzeczywiście – „MyAutorzy” wypełnili lukę, którą inni wydawcy omijali szerokim łukiem z powodów etycznych. Teoria mówiąca o „magazynie poświęconym ludziom, którzy tworzą kulturę słowa”, powinna chyba brzmieć: „magazyn poświęcony ludziom, którzy są gotowi za to słowo słono zapłacić”.

Matematyka nakładu, czyli gdzie zniknęło 1000 egzemplarzy?

W oficjalnych zapowiedziach „MyAutorzy” chwalą się nakładem 1000 egzemplarzy oraz szeroką dystrybucją do bibliotek, wydawców i domów kultury. W kuluarach pojawia się też informacja o „dodruku” rzędu 50 sztuk.

I tu matematyka zderza się ze ścianą.
Po pierwsze: Czy ktokolwiek z Was – bibliotekarzy, pracowników domów kultury, czytelników – widział ten magazyn na żywo? Czy jakakolwiek instytucja potwierdziła jego odbiór?
Po drugie: Każdy, kto zna podstawy poligrafii, wie, że druk offsetowy (opłacalny przy 1000 sztuk) jest tani w przeliczeniu na sztukę. Z kolei dodruk 50 sztuk (druk cyfrowy) jest nieproporcjonalnie drogi. Decyzja o tak mikroskopijnym dodruku przy rzekomym sukcesie nakładu podstawowego jest ekonomicznie nielogiczna.

Chyba że… nakład 1000 sztuk istniał tylko w ofercie dla naiwnych autorów (by uzasadnić wysokie stawki za reklamę), a w rzeczywistości magazyn od początku drukowany jest w modelu „na żądanie” w symbolicznych ilościach.

Warto też uwzględnić, że druk 1000 egzemplarzy w VistaPrint, która według strony redakcyjnej odpowiada za druk magazynu to koszt prawie 3500 dolarów…

„Budowanie społeczności” metodą knebla

Redakcja w swoich deklaracjach pięknie mówi o „dialogu”, „świadomym zaangażowaniu” i o tym, że „działają dla ludzi, a nie przeciwko nim”. Twierdzą, że na krytykę reagują „merytorycznie”.

Rzeczywistość weryfikuje te słowa błyskawicznie. Użytkownicy Facebooka, którzy próbują dopytać o powiązania właścicielskie, realny nakład, czy też o to, dlaczego „niezależny magazyn” wysyła cenniki – są natychmiast blokowani. Niewygodne komentarze znikają, a „merytoryczna dyskusja” ogranicza się do usuwania śladów po pytających.

W samym magazynie próżno też szukać zapowiadanej „wiedzy”. Nie ma tam pogłębionych analiz czy artykułów branżowych. Jest to zbiór informacji, które każdy z nas może znaleźć za darmo w dziale „Nowości” dowolnej księgarni internetowej – tyle że tutaj ubrane w ładny PDF, za który trzeba zapłacić.

Pytania do Was (bo redakcja na nie nie odpowie)

„MyAutorzy” twierdzą, że są „pełnoprawnym magazynem literackim”, a nie „chwilową inicjatywą”. Skoro tak, to pomóżcie nam ocenić ten „nowy etap polskiej kultury”:

  1. Czy zapłacilibyście za gazetę, która składa się z tekstów autoryzowanych przez ich bohaterów?
  2. Czy autor, który płaci za obecność w takim „katalogu”, buduje swoją markę, czy po prostu daje się naciągnąć na iluzję bycia w mediach?
  3. Gdzie jest te 1000 egzemplarzy? Jeśli ktoś z Was widział fizyczną kopię w bibliotece – dajcie znać. Chętnie odszczekamy nasze wątpliwości.

Obawiamy się jednak, że jedynym, co w tym przedsięwzięciu jest „pełnoprawne”, to przelewy wychodzące z kont autorów marzących o sławie.

@kyotom

Nie zgadzasz się z treścią naszego artykułu, recenzji lub innej udostępnionej treści? Zgłoś naruszenie bezpośrednio do naszej redakcji: redakcja@czytamdo.pl
Pamiętaj, że jako serwis nie ponosimy odpowiedzialności za treści publikowane przez użytkowników, ale dbając o Twój komfort, przeanalizujemy każde zgłoszenie i w przypadku naruszeń będziemy wyciągać konsekwencje przewidziane w regulaminie serwisu.

CzytamDo.pl - dołącz do nas

Share this content:

Jeden komentarz

comments user
Lena

Nareszcie! Czekałem, aż ktoś w końcu prześwietli ten cyrk. Tablica ogłoszeń udająca magazyn literacki – lepiej bym tego nie ujął. Szkoda tylko tych ludzi, którzy wpłacili im pieniądze.

Opublikuj komentarz

Preferencje plików cookies

Inne

Inne pliki cookie to te, które są analizowane i nie zostały jeszcze przypisane do żadnej z kategorii.

Niezbędne

Niezbędne
Niezbędne pliki cookie są absolutnie niezbędne do prawidłowego funkcjonowania strony. Te pliki cookie zapewniają działanie podstawowych funkcji i zabezpieczeń witryny. Anonimowo.

Reklamowe

Reklamowe pliki cookie są stosowane, by wyświetlać użytkownikom odpowiednie reklamy i kampanie marketingowe. Te pliki śledzą użytkowników na stronach i zbierają informacje w celu dostarczania dostosowanych reklam.

Analityczne

Analityczne pliki cookie są stosowane, by zrozumieć, w jaki sposób odwiedzający wchodzą w interakcję ze stroną internetową. Te pliki pomagają zbierać informacje o wskaźnikach dot. liczby odwiedzających, współczynniku odrzuceń, źródle ruchu itp.

Funkcjonalne

Funkcjonalne pliki cookie wspierają niektóre funkcje tj. udostępnianie zawartości strony w mediach społecznościowych, zbieranie informacji zwrotnych i inne funkcjonalności podmiotów trzecich.

Wydajnościowe

Wydajnościowe pliki cookie pomagają zrozumieć i analizować kluczowe wskaźniki wydajności strony, co pomaga zapewnić lepsze wrażenia dla użytkowników.