Życie w kadrze, emocje poza kontrolą. Recenzja książki „Poza kadrem” Dagmary Kalinko

Poza Kadrem
Dagmara Kalinko
Romans Erotyczny
Inanna
18.06.2025
9788379958320
Sara Berezowski jest perfekcjonistką, artystką, samotną matką. Jej codzienność to surowe światło studyjne, idealne kadry i chłodny profesjonalizm. Ucieczka w kontrolę pozwala jej nie dopuścić nikogo zbyt blisko – ani do serca, ani do życia.A jeśli coś, a raczej ktoś, zniszczy ten misterny plan? Kiedy przed jej obiektywem pojawia się nowy model, magnetyczny i niepokojąco pociągający, Sara zaczyna tracić ostrość… Nie wszystko da się przewidzieć, nie każdą emocję można wyretuszować jak w Photoshopie.
„Poza kadrem” to zmysłowa opowieść o pragnieniu, które nie mieści się w żadnym formacie. O kobiecie, która od lat trzyma świat na dystans. I o tym, co może się wydarzyć, gdy pozwoli sobie na więcej niż tylko podglądanie własnego losu przez obiektyw aparatu.
Powieść wyłącznie dla osób pełnoletnich!
W świecie literatury erotycznej i romansów łatwo wpaść w pułapkę schematów: on – niebezpiecznie przystojny miliarder, ona – szara myszka do uratowania. Debiutancka powieść Dagmary Kalinko, „Poza kadrem”, próbuje te klisze nieco przełamać, serwując nam historię osadzoną w świecie fleszy, studia fotograficznego i… bardzo długich opisów.
Poza kadrem. Ona – twierdza nie do zdobycia. On – taran z mięśni
Główna bohaterka, Sara Berezowski, to postać, którą (mimo jej chłodu) naprawdę da się lubić. To nie kolejna zagubiona dziewczynka czekająca na ratunek, ale kobieta, która sama steruje swoim okrętem. Perfekcjonistka w każdym calu, profesjonalna fotografka z renomą, która pozwala jej przebierać w klientach, oraz samodzielna matka małej Nataszy. Sara po bolesnych doświadczeniach z przeszłości zbudowała wokół siebie mur nie do przebicia. Jej życie to seria precyzyjnie ustawionych kadrów, w których nie ma miejsca na improwizację: jest praca (w jej ukochanym studiu), jest córka, jest lojalna przyjaciółka Matylda i… to tyle. Żadnych mężczyzn w sypialni, żadnych emocjonalnych rollercoasterów, żadnych komplikacji. Brzmi jak plan idealny na bezpieczne życie, prawda?
Do czasu, aż ten sterylny porządek zostaje zakłócony. Na horyzoncie pojawia się on – zlecenie, które miało być “kolejną robotą”, a okazało się bombą z opóźnionym zapłonem. Patryk Raizer. Kulturysta, właściciel sieci siłowni, pewny siebie samiec alfa, który wkracza w życie Sary z subtelnością czołgu. Jak to w tym gatunku bywa, Patryk jest ucieleśnieniem marzeń (i stereotypów): ma ciało wyrzeźbione przez Michała Anioła, konto bankowe bez dna i ego wielkości Pałacu Kultury. Ale pod tą warstwą mięśni i instagramowego blichtru kryje się coś więcej – mężczyzna zmęczony byciem traktowanym przedmiotowo (tak, on też!), szukający kogoś, kto spojrzy na niego nie jak na “kawał mięsa”, ale jak na człowieka.
Ich spotkanie to klasyczne zderzenie dwóch światów: chłodnej artystki, która kontroluje każdy cień w swoim studiu, i gorącego celebryty, który przyzwyczaił się, że dostaje to, czego chce. A teraz chce Sary.
Slow burn czy… slow bore? Kiedy opis goni opis
To, co najmocniej wyróżnia „Poza kadrem” na tle typowych współczesnych erotyków, to tempo. A właściwie jego brak w początkowej fazie. Jeśli sięgając po tę pozycję, spodziewacie się, że bohaterowie rzucą się na siebie na dziesiątej stronie, targani zwierzęcym pożądaniem – srogo się rozczarujecie. Dagmara Kalinko stawia na slow burn (powolne rozpalanie), i to w wersji ekstremalnej, momentami ocierającej się o slow life.
Zanim dojdzie do jakichkolwiek iskier (nie mówiąc o ogniu), czytelnik musi uzbroić się w cierpliwość i przebrnąć przez gąszcz dygresji. Autorka z niemal aptekarską precyzją – i wylewnością godną Elizy Orzeszkowej – opisuje świat przedstawiony. Zanim akcja ruszy z miejsca, dowiemy się absolutnie wszystkiego: jak pachnie skórzana kanapa w studiu Sary (ma rok, ale pachnie jak nowa!), jaki dokładnie odcień czerni mają ściany jej „Fly2Moon”, jakie ma zdanie na temat botoksu i powiększania ust (spoiler: jest przeciwna), a nawet jaki model Renault Captur wybrała i dlaczego nie lubi parkować w garażach podziemnych. Dostajemy też obszerne retrospekcje z dzieciństwa – opisy smaku papierówek, zapachu siana i łowienia ryb na kulki z chleba.
Trzeba oddać autorce sprawiedliwość: Dagmara Kalinko ma pióro plastyczne i potrafi malować słowem. Te fragmenty są napisane ładnie, z czułością i dbałością o detal. Problem w tym, że w powieści, która ma być romansem (a nawet erotykiem!), te rozbudowane opisy przyrody i architektury wnętrz działają jak hamulec ręczny zaciągnięty przy pełnej prędkości. Momentami ma się wrażenie, że scenografia przesłania aktorów, a czytelnik zamiast śledzić rodzące się uczucie, czyta katalog IKEA połączony z pamiętnikiem z wakacji na wsi.
Dla jednych będzie to ogromna zaleta – książka zyskuje dzięki temu głębię obyczajową, przestaje być płaskim “porniakiem”, a bohaterowie stają się ludźmi z krwi i kości, z przeszłością i konkretnym gustem. Poznajemy Sarę nie tylko jako obiekt westchnień Patryka, ale jako matkę, przyjaciółkę i kobietę z bagażem doświadczeń. Dla innych jednak – co widać w bezlitosnych opiniach w sieci – może to być nużące “lanie wody” i “flaki z olejem”, przez które trudno dotrzeć do “mięsa” historii. Jeśli nie lubisz czytać trzech stron o oświetleniu studyjnym, zanim bohaterowie wymienią pierwsze zdanie – możesz mieć problem z dotrwaniem do finału.
Erotyk z… małą ilością erotyki?
Paradoksalnie, jak na powieść dumnie reklamowaną znaczkiem „18+” i kategoryzowaną jako literatura dla dorosłych, scen stricte “pikantnych” jest tu stosunkowo niewiele, zwłaszcza w pierwszej połowie książki. Jeśli kupujecie „Poza kadrem” z nadzieją na wypieki na twarzy już od pierwszego rozdziału, możecie poczuć się jak w kinie, gdzie zamiast filmu akcji puszczono wam długi dramat obyczajowy. To raczej historia o życiu, samotnym macierzyństwie i traumach z przeszłości, okraszona elementami romansu, która w stronę sypialni zmierza tempem spacerowym.
Autorka skupia się tu przede wszystkim na budowaniu napięcia, grze spojrzeń i chemii, która powoli rodzi się między chłodną profesjonalistką a gorącym modelem. I trzeba przyznać – ten aspekt psychologiczny ma swoje momenty. Patryk, mimo swojej powierzchowności “Instagramowego celebryty” i ciała gladiatora, okazuje się mieć (niespodzianka!) wnętrze. Jego przemyślenia o byciu traktowanym przedmiotowo przez kobiety (jako “zasobny sponsor” i “obiekt seksualny”) to ciekawy odwrót od schematu. Z drugiej strony, jego narracja momentami niebezpiecznie ociera się o “samczy bełkot”. Rozważania o “kobietach pragnących dominacji” czy instynktach łowcy mogą irytować co bardziej wyemancypowane czytelniczki, brzmiąc jak wyjęte z poradnika dla domorosłych uwodzicieli.
Język: Między kosmiczną poezją a… anatomią.
Język tej powieści to prawdziwy stylistyczny rollercoaster, który funduje czytelnikowi chorobę lokomocyjną. Z jednej strony Dagmara Kalinko uwielbia uderzać w wysokie tony. W opisach (również w pierwszym rozdziale) autorka sypie pretensjonalnymi metaforami jak z rękawa: Sara ciągnie za sobą “łunę pożądania jak kometa”, a Patryk porównywany jest do “srebrnego globu z bazaltową skorupą”. Jest wzniośle, jest poetycko, momentami aż za bardzo.
Z drugiej strony – gdy w końcu dochodzi do upragnionych zbliżeń – autorka potrafi uderzyć w tony, które wywołują konsternację, a czasem niezamierzony śmiech. W polskiej literaturze erotycznej słownictwo zawsze było polem minowym (jak pisać o seksie, żeby nie było ani medycznie, ani rynsztokowo?), ale w „Poza kadrem” ten dysonans jest wyjątkowo bolesny.
Obok poetyckich opisów dusz, trafiamy na określenia rodem z podręcznika biologii lub… męskiej szatni. Słowa takie jak “prącie” (brzmiące wybitnie klinicznie) czy słynna już w negatywnych opiniach czytelników “kutasowa żyłka”, stały się wizytówką tej książki, niestety w tym złym znaczeniu. Te nagłe przeskoki z romantyzmu o gwiazdach w surową, niefortunną fizjologiczność wybijają z rytmu i burzą klimat. Jeśli jesteście wrażliwi na językowe “zgrzyty” w scenach łóżkowych – miejcie to na uwadze. To debiut, a debiuty rządzą się prawem do poszukiwania własnego stylu, nawet jeśli czasem błądzi on po bezdrożach anatomii w dość zaskakujący sposób.
Poza kadrem – Debiut z potencjałem (i sporym bagażem)
Czytając „Poza kadrem”, od razu czuć, że autorka nie zamierzała zamknąć tej historii w jednej książce. To zaledwie pierwszy tom planowanej, znacznie dłuższej sagi (niektóre źródła mówią o serii liczącej nawet 8 części!). Ta świadomość zmienia nieco odbiór lektury. Powieść jest w dużej mierze rozbudowaną ekspozycją – ustawianiem pionków na szachownicy przed właściwą rozgrywką. Dagmara Kalinko niespiesznie wprowadza nas w świat bohaterów, buduje fundamenty pod przyszłe dramaty i kończy całość klasycznym, serialowym cliffhangerem, który ma zmusić czytelnika do nerwowego oczekiwania na ciąg dalszy.
Co się udało?
- Kreacja Sary: To najmocniejszy punkt powieści. W gatunku zdominowanym przez naiwne studentki, Sara – silna, niezależna finansowo bizneswoman i samodzielna matka – jest powiewem świeżości. To kobieta, która nie czeka na rycerza na białym koniu, bo sama kupiła sobie zamek (a dokładniej: studio).
- Klimat świata fotografii: Widać, że autorka odrobiła pracę domową (lub sama zna ten świat od podszewki). Opisy pracy w studiu, detale oświetlenia (okty, softboxy), podejście do retuszu czy relacje z klientami brzmią autentycznie i profesjonalnie.
- Relacja matka-córka: Wątek małej Nataszy jest ciepły i naturalny. Sceny z przedszkola czy wspólne spacery dodają Sarze ludzkiego wymiaru i sprawiają, że kibicujemy jej nie tylko jako kochance, ale też jako matce.
Co zgrzyta?
- Dłużyzny: To grzech główny tego debiutu. Dobry redaktor z ostrymi nożyczkami mógłby spokojnie wyciąć 1/3 opisów wnętrz, przyrody i przemyśleń o sensie istnienia, a książka zyskałaby na dynamice, nie tracąc nic z fabuły.
- Stylistyczna sinusoida: Język powieści bywa męczący. Autorka ma tendencję do popadania w egzaltację. Metafory o kometach, wszechświecie czy porównania Patryka do Księżyca z “bazaltową skorupą” brzmią momentami pretensjonalnie i sztucznie, zwłaszcza w zderzeniu z prozą życia.
Werdykt
„Poza kadrem” to debiut nierówny, ale intrygujący. To propozycja dla specyficznej grupy czytelniczek: tych, które lubią delektować się historią powoli, jak dobrym (choć może nieco za słodkim) winem, a nie tylko „konsumować” sceny łóżkowe jak fast food. Jeśli szukacie szybkiego, ostrego erotyku na jeden wieczór, w którym akcja pędzi od łóżka do łóżka – możecie boleśnie odbić się od ściany tekstu pełnego przymiotników. Jeśli jednak cenicie rozbudowane tło obyczajowe, silne bohaterki i jesteście w stanie wybaczyć debiutantce pewne potknięcia językowe w imię ciekawej historii – dajcie Sarze i Patrykowi szansę.
Ocena redakcji: 6/10 (Dobra baza pod dłuższą serię, ale wymaga cierpliwości).
A my zapraszamy Was do pozostawienia opinii o książce w naszym katalogu: TUTAJ
Share this content:



Opublikuj komentarz