Drama na Booktoku! Kiedy autor staje się contentem jak Katarzyna Romanowska
Katarzyna Romanowska, BookTok, ego i granica, której naprawdę lepiej nie przekraczać
Jest taki moment w internetowej karierze twórcy, w którym przestaje być istotne, co napisał, a zaczyna być kluczowe, jak się zachowuje. I mam wrażenie, że dokładnie w tym punkcie znalazła się Katarzyna Romanowska. Nie jako autorka konkretnej książki, nie jako nazwisko na okładce, tylko jako bohaterka ciągnącej się narracji BookToka. A BookTok, jeśli czegoś nauczył nas przez ostatnie lata, to tego, że pamięta długo i nie ma problemu z wyciąganiem konsekwencji.
Bo to, co wydarzyło się wokół His Obsession, nie jest jedną dramą, jednym filmikiem ani jednym „źle zrozumianym komentarzem”. To sekwencja decyzji, reakcji i wypowiedzi, które razem pokazują, jak bardzo zmieniły się zasady kontaktu autora z czytelnikiem. I jak łatwo dziś pomylić rozmowę z odbiorcą z monologiem z ambony.
BookTok nie czyta w ciszy
Zacznijmy od rzeczy podstawowej, o której wciąż zaskakująco wielu autorów zapomina: BookTok to nie jest salon literacki. To nie jest konferencja branżowa ani panel dyskusyjny z mikrofonem i regulaminem wypowiedzi. To jest arena. Głośna, chaotyczna, emocjonalna. Tu książki się nie analizuje w ciszy – tu się je rozbiera na memy, reakcje, ironiczne stitch’e i bardzo bezpośrednie opinie.
W tej przestrzeni nie ma taryfy ulgowej dla nazwiska na okładce. Autorytet nie wynika z faktu, że „jestem autorką”, tylko z tego, czy potrafisz być częścią rozmowy, a nie jej nauczycielem.
I dokładnie tutaj zaczęły się problemy. Część publicznych reakcji Romanowskiej – publikowanych na TikToku – została odebrana jako konfrontacyjna, mentorska, momentami protekcjonalna. Zamiast „okej, słyszę was”, pojawiało się „wy nie rozumiecie”, „nie macie kompetencji”, „ja wiem lepiej”. A w BookToku to zapala wszystkie czerwone lampki jednocześnie.
Bo to jest miejsce, w którym autorytetu się nie ogłasza. Albo go masz, albo algorytm i ludzie bardzo szybko to weryfikują.
„Eksperyment”, który przestał być zabawą. Czy Katarzyna Romanowska złamała prawo?
Jednym z momentów przełomowych była sytuacja określana jako „eksperyment”. Romanowska opublikowała materiał, w którym użyła fragmentu tekstu innej autorki – Nany Bekcher – oznaczając go jako własny, by udowodnić tezę, że jest atakowana ze względu na nazwisko.
Problem polegał na tym, że autorka oryginalnego tekstu nie została o tym poinformowana. Nie wyraziła zgody. Publicznie zażądała usunięcia nagrania i przeprosin.
I w tym momencie cała narracja o „eksperymencie” się posypała.
Bo BookTok może być brutalny, ironiczny i bezlitosny, ale ma jedną zasadę, której pilnuje bardzo konsekwentnie: nie używasz cudzej twórczości jako rekwizytu do własnej tezy. Niezależnie od intencji. Niezależnie od narracji. W oczach społeczności to nie był żaden test socjologiczny, tylko przekroczenie granicy.
A granice w internecie są proste: możesz grać sobą. Nie cudzą pracą.
Hemingway, arcydzieła i internet, który nie znosi patosu
Kolejną iskrą były porównania, które – mówiąc wprost – zostały odebrane jako oderwane od rzeczywistości. Zestawianie się z Hemingwayem, sugerowanie, że własna książka funkcjonuje na poziomie kulturowym porównywalnym z głośnymi, wysoko ocenianymi filmami, w internecie działa jak zaproszenie do publicznego roastu.
Nie dlatego, że nie wolno wierzyć w siebie.
Tylko dlatego, że internet nie toleruje patosu bez autoironii.
Im wyżej sam siebie ustawisz, tym szybciej ktoś sprawdzi, czy ten piedestał nie jest z kartonu. BookTok szczególnie nie lubi narracji „jestem wybitna, a wy jeszcze nie dorośliście”. To najkrótsza droga do bycia sprowadzonym na ziemię – zbiorowo i bez znieczulenia.
„Beze mnie by was nie było” – Katarzyna Romanowska i zdanie, które zamyka rozmowę
Największym zapalnikiem okazały się jednak wypowiedzi sugerujące, że to dzięki Romanowskiej inni twórcy BookToka „mają zasięgi”, „są znani” albo „zaistnieli”.
To jest moment, w którym kończy się jakakolwiek dyskusja.
BookTok nie działa hierarchicznie. To nie jest system mistrz–uczniowie. To sieć, w której każdy viral jest tymczasowy, a zasięg jest pożyczony – od algorytmu i społeczności. Gdy ktoś mówi: „ja was zrobiłam”, społeczność odpowiada jednym, bardzo prostym ruchem: to zobaczymy.
I wtedy autor przestaje być uczestnikiem rozmowy, a staje się tematem. A bycie tematem na BookToku to najgorsze możliwe położenie, bo narracja przestaje należeć do ciebie.
To nie jest tekst o jednej autorce
Warto to powiedzieć jasno: to nie jest tekst o tym, czy Katarzyna Romanowska ma talent ani czy His Obsession jest „dobrą książką”. To tekst o czymś znacznie większym. O tym, że autor w 2025 roku zawsze jest marką medialną – czy tego chce, czy nie.
A marka medialna żyje nie tylko treścią, ale sposobem reagowania na krytykę.
BookTok nie „niszczy” autorów. BookTok sprawdza, czy potrafią rozmawiać. Bardzo szybko wyłapuje brak dystansu, potrzebę dominacji, mentorski ton. W tej przestrzeni wygrywają nie ci, którzy mówią „mam rację”, tylko ci, którzy potrafią powiedzieć: „nie zgadzam się, ale słucham”.
Puenta, bez owijania
Jeśli wchodzisz na BookToka, ego zostawiasz przed drzwiami.
Jeśli reagujesz na krytykę — robisz to spokojnie albo wcale.
Jeśli chcesz uczyć innych pisać — najpierw pozwól, żeby to czytelnicy zdecydowali, czy w ogóle chcą cię słuchać.
Bo BookTok działa jak lustro z podkręconą ostrością. Nie pokazuje tylko książki. Pokazuje autora — jego ton, reakcje, dystans do siebie albo jego brak. I bardzo często to właśnie ten obraz zostaje ludziom w głowie na dłużej niż sama historia.
A przy dzisiejszym szumie informacyjnym i walce o uwagę łatwo zapomnieć, że książkę można jeszcze obronić fabułą. Autor — już nie zawsze.
Share this content:




Opublikuj komentarz